sobota, 16 kwietnia 2011

Loveless european tour - NANA KITADE

so... Wczoraj odbył się koncert Loveless ft Nana Kitade w poznańskim "BlueNote".... ale zacznijmy od początku ^^.
W pociągu do Poznania spotkałam się z Cebu <3. Razem po ponad dwóch godzinach podróży śmiejąc się i rozmawiając dojechałyśmy na dworzec główny w Poznaniu gdzie czekała na nas Angelika<3 Potem śmignęłyśmy na chwilę do Cebusiowego mieszkanka po mój jakże cudny bilecik na Nane, a potem do lasu na piiiiiwo ;) (żadne spotkanie przecież bez piwa się nie obędzie)
Tam oczywiście nie obyło się bez dansendansen, wspominek i latania w krzaczory. xD nvm.
Koło 16 zebrałyśmy się i wyruszyłyśmy do centrum. Kupiłyśmy następną partię piweczka i usiadłyśmy na trawce. Znów cisnęłyśmy. Cebu cały czas gadała o seksie. Nie obyło się bez wspominek, rozkminiania ile czasu już się znamy i co fajnego będzie w tym roku na Woodstocku i jak ten chlewik ogarniemy^^'
W końcu podążyłyśmy w stronę klubu. Spotkalyśmy tam Momo i Selene. Kiedy weszłyśmy do klubu było strasznie mało ludzi. Nana zaczęła grać około 30 minut później niż powinna. Wyszła na scenę jak zwykle piękna i taka promieniejąca. Przywitała się z jakże zacną publicznością i dała najwspanialszy koncert na jakim byłam. Było nas niewielu, bo około 50 osób co dawało taką magiczną atmosferę. Nikt się nie pchał, nikt nie wkurwiał siebie nawzajem.
Stałam na przeciwko Nany, tak na wyciągnięcie ręki. Czułam się jak w bajce i do tej pory nie mogę uwierzyć, że to nie był sen lecz jawa. Nana dała naprawdę świetne show, a jej głos brzmi jeszcze lepiej na żywo niż na nagraniach. Na dodatek patrzenie na nią było jak raj dla oczu. Ma idealne drobne ciałko. Myślałam, że pokaże, że jest zła kiedy niechcący pociągnęłam za kabel od mikrofonu, który się wyłączył. Ona jednak uśmiechnęła się i dalej zaczęła śpiewać.
Teraz troszkę o Taizo. Nie dość, że jest bardzo przystojny to w dodatku bardzo utalentowany. To co w pewnych momentach robił z gitarą i jak na niej grał nie mieści mi się w głowie.
Na sam koniec podziękowali i zeszli razem ze sceny. Chwilę później znów się pojawili. Ustawiła się wielka kolejka, a my na czele niej, bo tak jakoś się zdarzyło, że naprawdę całkiem przez przypadek ustawiono nas tam. nvm. ogólnie kolejka była po to by można było dostać autograf od artystów. W końcu się tam dopchałam. Dostałam piękne autografy z dedykacją i przez chwilę udało mi się porozmawiać z Naną i Taizo. Są naprawdę mili i strasznie otwarci na fanów. Szczególnie Nana, która pozwoliła się pocałować w policzek i przytulić. Co prawda Taizo wydawał się troszeczkę speszony/nieśmiały. Podziękowałam im ładnie i ... zaczęłam ryczeć.
Naprawdę pod względem płakania ten koncert dla mnie też był inny niż wszystkie inne na których byłam. Na każdym wcześniejszym płakałam tylko dlatego, bo wzruszyłam się tym co mówi artysta bądź wykonywana piosenka strasznie kojarzyła mi się z czymś bądź miała prześliczny dołujący tekst. Teraz płakałam prawie cały czas. Jednak były to łzy szczęścia, że w końcu zobaczyłam Nanę na żywo. Tym bardziej, że Nana strasznie mi imponowała swoim głosem, wyglądem i charakterem podczas gdy czytałam jej bloga.
Po wszystkim wyszłyśmy z klubu i pokierowałyśmy się z Cebu w stronę domku. Już pominę to o czym rozmawiałyśmy i jak fajnie bełkotałam w komencie kiedy przysypiałam.
Dzisiejszy dzień spędzony bardzo miło. Dochodzę do wniosku iż lovam Cebu i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu iż jest strasznie zboczona ;) Powrót papciągiem zaliczam do tych elo-uber-pro. Większość przesiedziałam słuchając muzyki i wspominając wczorajszy i dzisiejszy dzień. Później chwilę spałam. Wkurzyło mnie tylko to, że pociąg miał 3 minutowe opóźnienie i... przez to o minutę spóźniłam się na busa. to trzeba mieć kurwa szczęście. xD Spotkałam się jednak na chwilę z Łukaszkiem i Sylwkiem. Gee~! Tęskniłam za nimi <3
Teraz siedzę, delektuję się anyżową herbatką i wypisuję te dziwactwa, których i tak nikt nie przeczyta. Cóż...


Plakat z autografami i dedykacją od Nany i Taizo, butelka z wodą z której piła Nana i Nanowy termosik, który podpierdoliłam jej. W środku jest jeszcze pyszna anyżowa herbata. (wstyd mi za siebie)
Kurcze, pierwszy raz włączył mi się taki straszny fangirl. Zaczynam się siebie bać. =='



Tak czy inaczej. Uważam, że ten koncert przebił wszystkie inne. I moich kochanych Limp Bizkit i Meeva. Z tej bajki będzie mi się trudno otrząsnąć i wrócić do rzeczywistości w jakiej na co dzień się znajduję.

Chciałabym napisać jeszcze o czymś. Co nie jest wcale związane z koncertem jednak zostawię to może na później. Teraz żegnam <3
Bayo~!

wtorek, 12 kwietnia 2011

Miyavi live tour 2011

Po całym weekendzie zabaw w końcu wypoczęłam. Wypadałoby w końcu napisać o tym jak minął mi miniony weekend, a minął naprawdę bardzo barwnie i przyjemnie.
Po całym tygodniu ogarniania u babci kuwety jaką był remont trze było się rozerwać. W piątek wieczorkiem przyjechałam do Szczecina, by spotkać się z Akai i Toshiko na pogaduchach, ploteczkach i zamęczaniu Akai Big Bangami x)
Dnia następnego wstałyśmy dość wcześnie, ogarnęłyśmy się pogadałyśmy i wyszłyśmy na pociąg. Tam spotkałyśmy Madzie. W pociągu zabawa. Same na przedziale siedziałyśmy zajadając się magicznymi landrynkami i życiodajnym napojem. Jak zwykle miałyśmy szczęście do konduktorów typu „podrywacz nieszkodliwy”. Później dosiadł się do nas, (z naszej winy, bo powiedziałyśmy mu, że może się poczęstować miejscem) pan idiot pospolitus „bajkopisarz”. Opowiedział nam historię swojego życia kiedy to 25 grudnia o godzinie jakiejś tam jechał do pracy w Niemczech, a potem znalazł się w Holandii. Ojjojj.. Nie omieszkam dodać, że cały czas chodził z pistoletem wsadzonym w spodnie i… tj się nim „chwalił”. == Masakra. Jakiś jebnięty koleś max, ale co tam. My do takich szczęście najwidoczniej mamy.
Przyjechałyśmy w końcu do Gdańska. Zostawiłyśmy walizki w hotelu po czym znów powędrowałyśmy na dworzec. Tam spotkałyśmy się z Anią i razem pojechałyśmy do Sopotu. Pospacerowałyśmy, dostałam tulipanka od jakiegoś nieznajomego pana. Poznałyśmy kilka szalonych osobowości. A potem clubbing~! Gee~! Kluby po prostu odjazd pełen. Jeden przy drugim, w środku świetni ludzie. Najlepsi byli Anglicy i dwaj stalkujący Turcy o ładnych uśmieszkach. Mogę śmiało stwierdzić, że jestem tak samo zakochana w Trójmieście jak i w Krakowie J Dodam jeszcze, że kanar w ZKM’ce też był elo. Wyglądał i zachowywał się jak Brys Szyc w „Wojnie Polsko-Ruskiej” odgrywający rolę Silnego. xD
Dnia następnego wyruszyłyśmy w poszukiwaniu klubu, w którym grał Miyavi. Kiedy tam w końcu trafiłyśmy na miejsce. Pierwsze co mi przyszło na myśl to „WTF!” na widok czegoś czego bym wolała nie widzieć, bo miałam wielką ochotę na tym czymś się wyżyć. xD NVM. Zaczęła się impreza. Piwko, piweczko, piwunio… Landryny, landrynki, landrynunie….Tym właśnie sposobem razem z Toshiko dostałyśmy bani jak się patrzy. Tańce, pląsy i wygłupy do różnych piosenek. Wymyślanie tekstów i wskazywanie paluszkami na ludzi (chodzi mi tutaj o naszą przeróbkę „Barbra Streisand!”- może ktoś miał okazję tego posłuchać, może nie) W tym czasie spotkałam wielu wspaniałych ludzi – tych których już znałam, a także tych, których poznałam dopiero tam na miejscu. Koncert tworzą nie tylko artyści ale także widownia. A ta teraz była naprawdę ogarnięta. Co prawda zdarzyły się suki, które robiły wiele by mnie wkurwić, tylko dlatego, że uderzyłam balonikiem jej chłopaka/znajomego/chuj-wie-kogo. To raczej normalne, że nie zrobiłam tego specjalnie, bo niby po co? NVM.
Nadszedł czas koncertu. Przez chwilę stałam jak wryta. „Kurwa, widzę go na żywo”; spłynęło mi kilka lez po policzkach. Miyavi – raj dla uszu, oczu i serca. Miyavi – pierwszy japoński artysta, który tak bardzo ogarnął publiczność i mógł robić z nią co chciał. Zagrał większość piosenek, które strasznie lubię. Wyskakałam się, wybawiłam. W sumie nie wiem co mogę napisać o koncercie. Ci wszyscy, którzy tam byli, wiedzą jak było.
Byłam strasznie zaskoczona tym, że Meev nie grał samych nowych kawałków jednak także stare hity. Mimo, że rozmawiając z ludźmi z innych krajów wcześniej w necie oraz oglądając setlisty wszędzie gdzie był większość tego co odgrywał były to piosenki z nowego albumu. (jedyne czego żałuję, to to, że nie zagrał „Jibun Kakumei” i „Pop is death”.) Jego kontakt z fanami, to jak do nas mówił, to jak się uśmiechał…. Po prostu brak mi słów.
Miyavi jest jedyny w swoim rodzaju. Koncert podobał mi się tak bardzo, że nie wiem czy nie postawić go na pierwszym miejscu i przesuwając na drugie kochanego Limp Bizkit. Przypominając sobie w myślach wszystko to jak było i z kim byłam jednak nie mogą nic zmieniać w mej liście najlepszych koncertów) ^^’’. Ex equo na pierwszym MIYAVI i LIMP BIZKIT. Ot co~!
Po koncercie bania. Jeszcze większa niż przed, ponieważ znalazłam paczkę landrynek w torbie i wpierdoliłam je podczas koncertu sama. Spocz. xD
A już potem na samym końcu zostałam z Isakirem. Poszliśmy wpierw na dworzec, a później jeszcze na piwo do jakiegoś baru. Tam z kolei siedzieli sami ludzie, którzy wracali także z koncertu. Nie wierzę w to co się tam działo. Jakieś dziwne rozmowy, tańce połamańce do „Sorry Sorry” (Właśnie, Toshi~! Tego nie tańczyłyśmy przed koncertem! ;c Wiedziałam, że o czymś zapomniałyśmy.) Wróciłam do hotelu…
… a rano obudziła mnie Madzia. I pojechałyśmy do domku. Cały czas zwałowałam z Toshi ze wszystkiego – dosłownie. W sumie taka bania bardzo mi się podobała i chyba do tej pory czuję jak bolą mnie mięśnie brzucha od śmiania.
W Stargardzie Szczecińskim wysiadłam z pokoju i powędrowałam na busik. Tam z kolei wkurzyła mnie jedna stara baba. Widzi, że ludzie stoją wkoło niej siedzącej na łąwce, ale nie ustąpi miejsca, bo jej się reklamówki zmęczyły. No kurwa~! Nienawidzę starych bab, które myślą, że jak są stare mogą wszystko. ;x

PODSUMOWUJĄC:
Mój wyjazd do Trójmiasta uważam za jeden z tych weekendów, o których zapomnieć nie można. Koncert, imprezy w Sopocie, ludzie tam mieszkający… Po prostu jak w bajce.